Wychowano mnie w przeświadczeniu, że cokolwiek by się nie działo, należy reagować dobrem. Ostatnio jednak tracę swoją największą zaletę, a świat realny z szpilką w dłoni naciera na moją mydlaną bańkę. Nie mam siły się bronić, a i atakować nie ma sensu. Każda kwestia, którą zostawiłam nierozwiązaną, wraca ze zdwojoną siłą. Zawodzę ludzi, a rozsądny powód wydaje się być błahym kłamstwem. Źle mi z tym, nie taka jestem.
Pisanie tutaj nie pomaga. Pomijam wiele spraw, które nie powinny ujrzeć światła dziennego, a kumulowanie ich w sobie tylko pogarsza moje samopoczucie.
Pytała: "Co mam zrobić? Co pomoże mi? Ja nie mogę dłużej w takiej samotności żyć... Mija tyle dni, wokół puste ściany. Dlaczego musiał odejść ktoś tak kochany?".